sobota, kwietnia 14, 2007


Finis coronat opus

Do widzenia

/gasi światło/

pstryk!!

czwartek, marca 29, 2007


Ja mam 20 lat, ty masz 20 lat

...a Świstak dożywocie, czyli trzy ćwierci do śmierci.


29 marca 1807 - Heinrich Wilhelm Olbers - astronom-amator - odkrył planetoidę Westa 4, najjaśniejszą znaną planetoidę i jedyną widoczną gołym okiem.

29 marca 1853 - urodził się angielski wynalazca Elihu Thomson. Otrzymał blisko 700 patentów. Wiele z nich dotyczyło odkryć związanych z prądem zmiennym.

29 marca 1890 - urodził się angielski astronom sir Harold Spencer Jones. Wsławił się dokładnym obliczeniem odległości Ziemi od Słońca.

29 marca 1912 - Robert Falcon Scott dokonał ostatniego wpisu do dziennika tragicznej wyprawy na Biegun Południowy.

29 marca 1919 - dwie wyprawy badawcze zaobserwowały całkowite zaćmienie Słońca. Tym samym potwierdziły one, że światło dalekich gwiazd, mijając nasze Słońce, ugina się.

29 marca 1987 - urodził się dr Łysy, znany polski neurochirurg, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny, odkrywca skutecznego leku w walce ze stwardnieniem rozsianym (SM).

29 marca 2006 - zaobserwujemy całkowite zaćmienie Słońca. W Polsce to niezwykłe zjawisko będzie widoczne jako zaćmienie częściowe o maksymalnej fazie od 43 proc. (dla północno- zachodniej Polski) do 57 proc. (dla Polski południowo-wschodniej).

29 marca 2007 - ujawniono nazwisko cudownie uzdrowionej przez Jana Pawła II. Czterdziestopięcioletnia francuska zakonnica, która ponoć została uleczona za wstawiennictwem Jana Pawła II, należy do Congrégation des Petites Soeurs des Maternités Catholiques (zakonu zajmującego się położnictwem, leczeniem noworodków i pomocą matkom).

wtorek, listopada 14, 2006


Poltransplant

czyli wrażenia postkolokwialne.

Ufff! Nie mam siły. Kolejne kolokwium, kolejny stres za mną - na szczęście już ostatni w tym miesiącu. Ale za to jaki stres! Nowa jakość doznań! Nie zapomnę chyba tego do końca mojej ziemskiej tułaczki.

Zakład Biologii Rozwoju jest zakładem powszechnie uznawanym za nienormalny. Panuje tu chaos niezmierzalny: co seminaria zmieniają się asystenci, którzy raz mówią o tym samym, co ich poprzednicy na ostatnich zajęciach, raz w ogóle zapominają powiedzieć o najważniejszych zagadnieniach. Ogólny bałagan, czego potwierdzeniem jest fakt, że przez ostatnie 18 lat nie udało się nikomu z tego przybytku-bezsensownych-badań-
-polegających-na-męczeniu-allahowi-ducha-winnych-braci-mniejszych wydać żadnego sensownego podręcznika, w którym byłoby wszystko, czego od nas, ciemiężonych studentów, się wymaga.

A. i J., które jako pierwsze weszły do gabimetu dra Łożysko, wybiegły z niego z płaczem, co zdecydowanie zagęściło atmosferę tego popołudnia. Ja - jako sołtys grupy - znalazłem się w tej owianej legendami pieczarze jako ostatni. W ciemnym kącie sali stała klatka ze świerszczami, które darły japę na cały głos i wysoko wzbijały się w powietrze, obijając o pręty swojego drucianego więzienia, co musiało sprawiać im czystą, cokolwiek dziką, świerszczową rozkosz. Ścianę podpierała rozklekotana lodówka marki Silesia, która w przypływie sił i świadomości co trochę włączała się i wyłączała; cała się trzęsąc i wydając odgłosy niczym mały reaktorek jądrowy, zawzięcie próbowała coś zamrozić. Wolę nie wiedzieć co... pewnie jakąś spermę jeża leśnego albo zarodek tapira malajskiego zrośniętego przez trąbę ze zmutowanym skunksem z dwiema pochwami... albo jakieś tam inne osobliwości.

Dr Łożysko wymaglował mnie od góry do dołu, nie zapomianając pytać o zagadnienia, które będziemy omawiać dopiero pod koniec tego semestru i ostatecznie rozwiał moje marzenia o zerówce u pana docenta. Szkoda tylko, że po wkuciu w zasadzie wszystkiego, czym nas raczono przez ostatnie półtora miesiąca, dostałem tylko 4, 4, 3... I'm lovin' it!

Teraz dwa tygodnie względnego spokoju wypełnione zgłębianiem złozoności OUNu...

OGŁOSZENIE

AAAAAAAbsolutnie kupię mózgowie do transplantacji. Pamięć operacyjna mojego własnego została w całości zapełniona, co grozi przegrzaniem zwojów i wiriozą. Pilne!

czwartek, listopada 09, 2006


55/70

czyli pas mal.

39 punktów z testu i 16 (!) ze szpilek. Otwór ciemieniowy chyba mi uznali. Pomyliłem za to kolejność preparatów na pierwszym stole i zamiast napisać: 1. języczek żuchwy 2. otwór wyrostka poprzecznego, napisałem odwrotnie... Fuck! Cztery punkty w plecy za taką głupotę... Ale i tak kolokwium zaliczam do udanych :D

środa, listopada 08, 2006


Bieg z przeszkodami

czyli drugi miesiąc na CMUJu.

Żeby krnąbrnym, leniwym, nic-nie-robiącym przez cały październik :D , młodym adeptom sztuki lekarskiej się nie nudziło, nasza Alma Mater postanowiła w drugim miesiącu ich kariery naukowej dostarczyć im nieco większą procję wrażeń. Do tej pory codziennie wisiał nad nimi topór asystentów, coseminaryjnych odpytek i wejściówek. Ale ponieważ rzeczonym studentom udało się już rozpędzić, wpaść w rytm uczelnianego piekiełka, postanowiono nieco urozmaicić ich życie i już raz sprawdzaną na zajęciach wiedzę jeszcze raz - dla pewności - sprawdzić... Tym sposobem, oprócz przygotowywania się na kolejne ćwiczenia, nasza Alma Mater zaserwowała nam dodatkową atrakcję w postaci trzech kolokwiów w ciągu jednego tygodnia.

Kolos teoretyczny z anatomii mnie bardzo zaskoczył. I to pozytywnie. Nie znam jeszcze wyników, ale mam wrażenie, że dobrze mi poszło. Na 3 pytania z zakresu rozwoju czaszki i szkieletu ewidentnie nie znałem odpowiedzi - po prostu nie chciało mi się wnikać w to, co szanowny autor skryptu miał na myśli pisząc dział poświęcony tematom okołoembriologicznym... Z pozostałymi 47 pytaniami z lepszym czy gorszym rezultatem uporałem się. Mam nadzieje, że kolokwium do przodu i nadrobię trochę punktów, żeby móc je następnie stracić na kolosie z głowy i szyi, który jest podobno hardkorowy.

Dzisiaj miałem przyjemność uczestniczyć w zbiorowej szopce pod tytułem 'szpilki', czyli sprawdzian praktyczny z anatomii. Pomyliłem oczywiście foveola granularis z foramen parietale, bo jakiś taki duży mi się wydawał i po zewnętrznej stronie sklepienia w tym miejscu było widać jakieś ciapki, ale nie o tym chciałem... Rozbawiła mnie bardzo forma przeprowadzania tego rodzaju kolokwiów. Gdy rozlegał się doprowadzający mnie do wybuchów śmiechu dźwięk dzwonka, wszyscy studenci znajdujący się w prosektorium synchronicznie wybiegali na korytarz, z wypiekami na twarzach rzucali się do drzwi kolejnej sali, potykając się o własne nogi, rozbijając arkusy superciliarusy o drzwi i framugi, łamiąc podstawy czaszki itepe itede... Później te sześdziesięcioro nieszczęśników upchane zostało w ciasnym korytarzyku 3 na 4 metry i przez ponad godzinę czekało, aż cały rocznik skończy ten bieg z przeszkodami. Ogólnie cyrk, a już najbardziej podobało mi się zachowanie I., która weszła do prosektorium przede mną, wcześniej skończyła i, stojąc na wspomnianym korytarzu, wykonując małpie ruchy, starała mi się na migi przez przeszklone drzwi pokazać, że jest dużo żuchw jako preparaty :D


Teraz zaczynam przygotoweania do wtorkowej embriologii - sam na sam z drem W.

Z nowin najnowszych: odkryłem, gdzie w Krakowie można kupić smaczny chleb, a nie jakąś taką watę w chrupiącej skórce, zsychającą się po jednym dniu; odkryłem, że jak sie doda do tutejszej wstrętnej kranówy takie kuleczki musujące do kapieli o zapachu lawendowym, to skóra jest później mniej napięta i nie śmierdzi przez pół dnia chlorem; w nagrodę za dobrze (?) napisane kolokwium strzelę sobie dziś wieczór portera (kolokwium niezapite = kolokwium niezdane), później popluskam się trochę w wannie, czytając Freuda, a następnie zabiorę się do pierwszych 20 stron skryptu z OUNu. Ha!! Wreszcie neuroanatomia! Miód i orzeszki. Bylebym po nich nie miał zgagi...

Miłego życia

życzy

Łysy

sobota, listopada 04, 2006


Raz na wozie, raz w nawozie

czyli pierwszy miesiąc na Alma Mater.

Siedzę sobie w mojej krakowskiej norce, z braku lepszego słowa nazywanej bluźnierczo 'domem', skończyłem właśnie powtórki do wtorkowo-środowego kolokwium z osteologii i czaszki. Dużo już umiem, o wiele więcej nie umiem, lecz na dziś fajrant - 10 godzin ostrego wkuwania to dla moich synaps stanowczo zbyt duże obciążenie jak na jeden dzień. Usiadłem przed chwilą w oknie z kubkiem chińskiej czerwonej herbaty, popatrzyłem na drzewa, którym krople deszczu zrywają z gałązek ostatnie liście, i nagle zrobiło mi się tak sentymentalnie. Nadszedł chyba czas na podsumowanie pierwszego miesiąca na łonie Matki Karmicielki.

1 października. Do końca życia nie zapomnę tego dnia. Samochód mojego Taty znikający za drzewami, wracający do mojego domu beze mnie. Mętlik w głowie. Zawirowania myślowe. Migotanie mózgowia. I ja stojący w oknie, patrzący martwym wzrokiem na powyginane przez wiatr drzewa. Cały Kraków wtedy płakał. I ja z nim. Tak bardzo wtedy nienawidziłem tego miasta, tych pustych czterech ścian...

5 października. Już po pierwszych zajęciach z histologii, embriologii, anatomii i chemii. Wieczorem, po całym dniu spędzonym na uczelni, usiadłem na środku łóżka, porozkładałem dookoła wszystkie 'kartki', skrypty i podręczniki, z których miałem się przygotować 'na nazajutrz'. I doznałem szoku. Było tego tak dużo, że nie wiedziałem, od czego zacząć. Perspektywa piątkowych ćwiczeń w prosektorium z doktorem Ch. przyprawiała mnie o kołatanie serca. Telefon do Rodziców, płacz w słuchawkę, ja sobie nie poradzę, co ja tutaj w ogóle robię, ja chcę do Domu, długa rozmowa z Mamą, parę esemesów do Gabi z drugiego roku, jej do góry uszy, a reszta sama ruszy, tabliczka gorzkiej czekolady i noc spędzona na próbie rozruszania mózgu po wakacyjnej przerwie.

6 października. Jadąc autobusem przyspieszonym, już nigdy nie będę empirycznie sprawdzał, czy z kolejnego przystanku nie będzie przypadkiem bliżej na uczelnię. Poranny sprint w japonkach z Nowego Kleparza na Kopernika, 10 minut przed rozpoczęciem zajęć, nie należy do najprzyjemniejszych sposobów na miłe rozpoczęcie dnia. Zdyszany wpadłem na ćwiczenia z embriologii - na szczęście jeszcze przed drem S. - i wypróbowanym zwyczajem wcisnąłem się w kąt sali, żeby tylko nie rzucać się w oczy i nie narażać na przywilej odbycia przemiłej rozmowy o rozwoju traszek, ropuch i innych ustrojstw. Półtorej godziny nieoddychania, siedzenia w bezruchu z głową w zeszycie i udawania, że coś się ostro notuje - to właśnie w skrócie zajęcia z biologii rozwoju w tym szalonym zakładzie. Swoją drogą, jak to dobrze, że kończymy embrio po pierwszym semestrze... Później była anatomia. Cała grupa, nieźle zastraszona na pierwszych zajęciach, siedziała już na metalowych obrotowych stołeczkach przyklejona do ściany prosektorium i czekała na asystenta. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy zamiast dra Ch. w drzwiach stanęła drobna uśmiechnięta blondynka i oznajmiła, że do połowy listopada będzie miała z nami zastępstwo... Z pierwszych zajęć z anatomii wyszedłem z ciężko wypracowaną czwóreczką :D Od tego momentu zaczęła mi się podobać nauka w tej wyższej szkole zawodowej o zaostrzonym rygorze zwanej potocznie CMUJem.

26 października. Pierwsze kolokwium w mojej studenckiej karierze. Dla zabicia stresu przed wejściem do auli odtańczyliśmy z koleżanką z grupy walca wiedeńskiego na oczach ludzi z roku, którzy patrzyli na nas jak na wariatów i pukali się w czoło :P Mimo iż test pisało się w miarę przyjemnie, po oddaniu kartki miałem wrażenie, że będę się ślizgał na granicy zdał/nie zdał...

27 października. Ponieważ kolokwium niezapite = kolokwium niezdane... wydoiłem samotnie flaszkę wina, otwierając nieco przedwcześnie tegoroczny sezon Beaujolais Nouveau... :D Efekt? Cytologia zaliczona na 4.0 przy minimalnym nakładzie pracy oraz połowa punktów potrzebna do dopuszczenia do egzaminu już zdobyta.

28 października. Na 'lekkim' kacu wybrałem się wczesnym rankiem na Prokocim celem przebycia testu Pilicza-Srilicza (po którym notabene bolały mnie wszystkie mięśnie, począwszy od latissimus dorsi na m. stapedius kończąc :). Na Starym Mieście było tak spokojnie... Turyści nagle gdzieś zniknęli, pozostali tylko tubylcy, nikt się nie spieszył. Ciszę poranka przerywały tylko pogruchiwania wszechobecnych gołębi. Planty usłane dywanem z żółtych liści, nad alejkami unosiła się jesienna mgła. Bajkowa atmosfera tajemniczości! Kocham to miasto... Do pełni szczęścia brakuje mi tylko ludzi.

***

Tak, samotność źle wpływa na moje ekstrawertyczne usposobienie. Atmosfera na uczelni jest świetna, bardzo inteligentni ludzie, pełna współpraca i integracja. Wszyscy się jednak kiedyś rozchodzą w swoją stronę i wtedy zaczyna doskwierać mi ta potworna samotność...

***

Mam wrażenie, że te studia bardzo zmieniają ludzi. Z jednej strony, w szczególności anatomia, uczą podziwu i szacunku do człowieka; poprzez odkrywanie złożoności tak doskonałej machiny jaką jest ludzki organizm, który przecież nie mógł powstać jako przypadkowy zlepek atomów, udowadniają też istnienie Siły Stwórczej, jakkolwiek by jej nie nazwać. Studia medyczne uczą systematyczności i dokładności; uczą też pokory, często brutalnie weryfikując naszą opinię o samym sobie. Z drugiej jednak strony w pewnym sensie ograniczają, zabijają kreatywność, zabijają pasje i pozamedyczne zainteresowania. Ja sam - już po miesiącu - zaczynam czuć się wyjałowiony intelektualnie, coraz mniej mam do powiedzenia, myślę coraz bardziej schematycznie. Mimo to czuję, że jestem odpowiednią osobą w odpowiednim miejscu... Czuję, że spełniam się. Czuję się... szczęśliwy :)

poniedziałek, października 23, 2006


Żyję...

czyli back-to-good.

Przed chwilą przyszedł majster z UPC i po miesiącu czekania w kolejce w końcu podłączył mnie do sieci. Wkrótce pojawi się część zaległych natatek z ostatnich dni, które nabazgrane na kawałkach papieru śniadaniowego czekaja na wstukanie do kompa.
Co u mnie słychać?? Żyję. Wegetuję. Studiu... uczę się. Ale o Alma Mater innym razem. Tymczasem wracam do anatomii...