czyli wrażenia postkolokwialne.
Ufff! Nie mam siły. Kolejne kolokwium, kolejny stres za mną - na szczęście już ostatni w tym miesiącu. Ale za to jaki stres! Nowa jakość doznań! Nie zapomnę chyba tego do końca mojej ziemskiej tułaczki.
Zakład Biologii Rozwoju jest zakładem powszechnie uznawanym za nienormalny. Panuje tu chaos niezmierzalny: co seminaria zmieniają się asystenci, którzy raz mówią o tym samym, co ich poprzednicy na ostatnich zajęciach, raz w ogóle zapominają powiedzieć o najważniejszych zagadnieniach. Ogólny bałagan, czego potwierdzeniem jest fakt, że przez ostatnie 18 lat nie udało się nikomu z tego przybytku-bezsensownych-badań-
-polegających-na-męczeniu-allahowi-ducha-winnych-braci-mniejszych wydać żadnego sensownego podręcznika, w którym byłoby wszystko, czego od nas, ciemiężonych studentów, się wymaga.
A. i J., które jako pierwsze weszły do gabimetu dra Łożysko, wybiegły z niego z płaczem, co zdecydowanie zagęściło atmosferę tego popołudnia. Ja - jako sołtys grupy - znalazłem się w tej owianej legendami pieczarze jako ostatni. W ciemnym kącie sali stała klatka ze świerszczami, które darły japę na cały głos i wysoko wzbijały się w powietrze, obijając o pręty swojego drucianego więzienia, co musiało sprawiać im czystą, cokolwiek dziką, świerszczową rozkosz. Ścianę podpierała rozklekotana lodówka marki Silesia, która w przypływie sił i świadomości co trochę włączała się i wyłączała; cała się trzęsąc i wydając odgłosy niczym mały reaktorek jądrowy, zawzięcie próbowała coś zamrozić. Wolę nie wiedzieć co... pewnie jakąś spermę jeża leśnego albo zarodek tapira malajskiego zrośniętego przez trąbę ze zmutowanym skunksem z dwiema pochwami... albo jakieś tam inne osobliwości.
Dr Łożysko wymaglował mnie od góry do dołu, nie zapomianając pytać o zagadnienia, które będziemy omawiać dopiero pod koniec tego semestru i ostatecznie rozwiał moje marzenia o zerówce u pana docenta. Szkoda tylko, że po wkuciu w zasadzie wszystkiego, czym nas raczono przez ostatnie półtora miesiąca, dostałem tylko 4, 4, 3... I'm lovin' it!
Teraz dwa tygodnie względnego spokoju wypełnione zgłębianiem złozoności OUNu...
OGŁOSZENIE
AAAAAAAbsolutnie kupię mózgowie do transplantacji. Pamięć operacyjna mojego własnego została w całości zapełniona, co grozi przegrzaniem zwojów i wiriozą. Pilne!
wtorek, listopada 14, 2006
Poltransplant
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)


1 komentarz:
Hmm... Jakby to powiedzieć... (żeby nie dobić zupełnie z pewnością pełnego wciąż entuzjazmu studenta roku I)
Sensowne podręczniki, napisane przez naszych wykładowców... są jak yeti. Niby ktoś je widział, niby ktoś nawet zdjęcie zrobił, ale dowodów na ich istnienie brak... ;P
Prześlij komentarz