czyli drugi miesiąc na CMUJu.
Żeby krnąbrnym, leniwym, nic-nie-robiącym przez cały październik :D , młodym adeptom sztuki lekarskiej się nie nudziło, nasza Alma Mater postanowiła w drugim miesiącu ich kariery naukowej dostarczyć im nieco większą procję wrażeń. Do tej pory codziennie wisiał nad nimi topór asystentów, coseminaryjnych odpytek i wejściówek. Ale ponieważ rzeczonym studentom udało się już rozpędzić, wpaść w rytm uczelnianego piekiełka, postanowiono nieco urozmaicić ich życie i już raz sprawdzaną na zajęciach wiedzę jeszcze raz - dla pewności - sprawdzić... Tym sposobem, oprócz przygotowywania się na kolejne ćwiczenia, nasza Alma Mater zaserwowała nam dodatkową atrakcję w postaci trzech kolokwiów w ciągu jednego tygodnia.
Kolos teoretyczny z anatomii mnie bardzo zaskoczył. I to pozytywnie. Nie znam jeszcze wyników, ale mam wrażenie, że dobrze mi poszło. Na 3 pytania z zakresu rozwoju czaszki i szkieletu ewidentnie nie znałem odpowiedzi - po prostu nie chciało mi się wnikać w to, co szanowny autor skryptu miał na myśli pisząc dział poświęcony tematom okołoembriologicznym... Z pozostałymi 47 pytaniami z lepszym czy gorszym rezultatem uporałem się. Mam nadzieje, że kolokwium do przodu i nadrobię trochę punktów, żeby móc je następnie stracić na kolosie z głowy i szyi, który jest podobno hardkorowy.
Dzisiaj miałem przyjemność uczestniczyć w zbiorowej szopce pod tytułem 'szpilki', czyli sprawdzian praktyczny z anatomii. Pomyliłem oczywiście foveola granularis z foramen parietale, bo jakiś taki duży mi się wydawał i po zewnętrznej stronie sklepienia w tym miejscu było widać jakieś ciapki, ale nie o tym chciałem... Rozbawiła mnie bardzo forma przeprowadzania tego rodzaju kolokwiów. Gdy rozlegał się doprowadzający mnie do wybuchów śmiechu dźwięk dzwonka, wszyscy studenci znajdujący się w prosektorium synchronicznie wybiegali na korytarz, z wypiekami na twarzach rzucali się do drzwi kolejnej sali, potykając się o własne nogi, rozbijając arkusy superciliarusy o drzwi i framugi, łamiąc podstawy czaszki itepe itede... Później te sześdziesięcioro nieszczęśników upchane zostało w ciasnym korytarzyku 3 na 4 metry i przez ponad godzinę czekało, aż cały rocznik skończy ten bieg z przeszkodami. Ogólnie cyrk, a już najbardziej podobało mi się zachowanie I., która weszła do prosektorium przede mną, wcześniej skończyła i, stojąc na wspomnianym korytarzu, wykonując małpie ruchy, starała mi się na migi przez przeszklone drzwi pokazać, że jest dużo żuchw jako preparaty :D
Teraz zaczynam przygotoweania do wtorkowej embriologii - sam na sam z drem W.
Z nowin najnowszych: odkryłem, gdzie w Krakowie można kupić smaczny chleb, a nie jakąś taką watę w chrupiącej skórce, zsychającą się po jednym dniu; odkryłem, że jak sie doda do tutejszej wstrętnej kranówy takie kuleczki musujące do kapieli o zapachu lawendowym, to skóra jest później mniej napięta i nie śmierdzi przez pół dnia chlorem; w nagrodę za dobrze (?) napisane kolokwium strzelę sobie dziś wieczór portera (kolokwium niezapite = kolokwium niezdane), później popluskam się trochę w wannie, czytając Freuda, a następnie zabiorę się do pierwszych 20 stron skryptu z OUNu. Ha!! Wreszcie neuroanatomia! Miód i orzeszki. Bylebym po nich nie miał zgagi...
Miłego życia
życzy
Łysy
środa, listopada 08, 2006
Bieg z przeszkodami
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)


1 komentarz:
Ty zakuwaj i zostaw sobie tego Freuda (na potem). i zdawaj. i zaliczaj. i zapijaj (z umiarem). wierzę w Ciebie i cos mi mówi, że będzie dobrze. pozdro
Prześlij komentarz