czyli pierwszy miesiąc na Alma Mater.
Siedzę sobie w mojej krakowskiej norce, z braku lepszego słowa nazywanej bluźnierczo 'domem', skończyłem właśnie powtórki do wtorkowo-środowego kolokwium z osteologii i czaszki. Dużo już umiem, o wiele więcej nie umiem, lecz na dziś fajrant - 10 godzin ostrego wkuwania to dla moich synaps stanowczo zbyt duże obciążenie jak na jeden dzień. Usiadłem przed chwilą w oknie z kubkiem chińskiej czerwonej herbaty, popatrzyłem na drzewa, którym krople deszczu zrywają z gałązek ostatnie liście, i nagle zrobiło mi się tak sentymentalnie. Nadszedł chyba czas na podsumowanie pierwszego miesiąca na łonie Matki Karmicielki.
1 października. Do końca życia nie zapomnę tego dnia. Samochód mojego Taty znikający za drzewami, wracający do mojego domu beze mnie. Mętlik w głowie. Zawirowania myślowe. Migotanie mózgowia. I ja stojący w oknie, patrzący martwym wzrokiem na powyginane przez wiatr drzewa. Cały Kraków wtedy płakał. I ja z nim. Tak bardzo wtedy nienawidziłem tego miasta, tych pustych czterech ścian...
5 października. Już po pierwszych zajęciach z histologii, embriologii, anatomii i chemii. Wieczorem, po całym dniu spędzonym na uczelni, usiadłem na środku łóżka, porozkładałem dookoła wszystkie 'kartki', skrypty i podręczniki, z których miałem się przygotować 'na nazajutrz'. I doznałem szoku. Było tego tak dużo, że nie wiedziałem, od czego zacząć. Perspektywa piątkowych ćwiczeń w prosektorium z doktorem Ch. przyprawiała mnie o kołatanie serca. Telefon do Rodziców, płacz w słuchawkę, ja sobie nie poradzę, co ja tutaj w ogóle robię, ja chcę do Domu, długa rozmowa z Mamą, parę esemesów do Gabi z drugiego roku, jej do góry uszy, a reszta sama ruszy, tabliczka gorzkiej czekolady i noc spędzona na próbie rozruszania mózgu po wakacyjnej przerwie.
6 października. Jadąc autobusem przyspieszonym, już nigdy nie będę empirycznie sprawdzał, czy z kolejnego przystanku nie będzie przypadkiem bliżej na uczelnię. Poranny sprint w japonkach z Nowego Kleparza na Kopernika, 10 minut przed rozpoczęciem zajęć, nie należy do najprzyjemniejszych sposobów na miłe rozpoczęcie dnia. Zdyszany wpadłem na ćwiczenia z embriologii - na szczęście jeszcze przed drem S. - i wypróbowanym zwyczajem wcisnąłem się w kąt sali, żeby tylko nie rzucać się w oczy i nie narażać na przywilej odbycia przemiłej rozmowy o rozwoju traszek, ropuch i innych ustrojstw. Półtorej godziny nieoddychania, siedzenia w bezruchu z głową w zeszycie i udawania, że coś się ostro notuje - to właśnie w skrócie zajęcia z biologii rozwoju w tym szalonym zakładzie. Swoją drogą, jak to dobrze, że kończymy embrio po pierwszym semestrze... Później była anatomia. Cała grupa, nieźle zastraszona na pierwszych zajęciach, siedziała już na metalowych obrotowych stołeczkach przyklejona do ściany prosektorium i czekała na asystenta. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy zamiast dra Ch. w drzwiach stanęła drobna uśmiechnięta blondynka i oznajmiła, że do połowy listopada będzie miała z nami zastępstwo... Z pierwszych zajęć z anatomii wyszedłem z ciężko wypracowaną czwóreczką :D Od tego momentu zaczęła mi się podobać nauka w tej wyższej szkole zawodowej o zaostrzonym rygorze zwanej potocznie CMUJem.
26 października. Pierwsze kolokwium w mojej studenckiej karierze. Dla zabicia stresu przed wejściem do auli odtańczyliśmy z koleżanką z grupy walca wiedeńskiego na oczach ludzi z roku, którzy patrzyli na nas jak na wariatów i pukali się w czoło :P Mimo iż test pisało się w miarę przyjemnie, po oddaniu kartki miałem wrażenie, że będę się ślizgał na granicy zdał/nie zdał...
27 października. Ponieważ kolokwium niezapite = kolokwium niezdane... wydoiłem samotnie flaszkę wina, otwierając nieco przedwcześnie tegoroczny sezon Beaujolais Nouveau... :D Efekt? Cytologia zaliczona na 4.0 przy minimalnym nakładzie pracy oraz połowa punktów potrzebna do dopuszczenia do egzaminu już zdobyta.
28 października. Na 'lekkim' kacu wybrałem się wczesnym rankiem na Prokocim celem przebycia testu Pilicza-Srilicza (po którym notabene bolały mnie wszystkie mięśnie, począwszy od latissimus dorsi na m. stapedius kończąc :). Na Starym Mieście było tak spokojnie... Turyści nagle gdzieś zniknęli, pozostali tylko tubylcy, nikt się nie spieszył. Ciszę poranka przerywały tylko pogruchiwania wszechobecnych gołębi. Planty usłane dywanem z żółtych liści, nad alejkami unosiła się jesienna mgła. Bajkowa atmosfera tajemniczości! Kocham to miasto... Do pełni szczęścia brakuje mi tylko ludzi.
***
Tak, samotność źle wpływa na moje ekstrawertyczne usposobienie. Atmosfera na uczelni jest świetna, bardzo inteligentni ludzie, pełna współpraca i integracja. Wszyscy się jednak kiedyś rozchodzą w swoją stronę i wtedy zaczyna doskwierać mi ta potworna samotność...
***
Mam wrażenie, że te studia bardzo zmieniają ludzi. Z jednej strony, w szczególności anatomia, uczą podziwu i szacunku do człowieka; poprzez odkrywanie złożoności tak doskonałej machiny jaką jest ludzki organizm, który przecież nie mógł powstać jako przypadkowy zlepek atomów, udowadniają też istnienie Siły Stwórczej, jakkolwiek by jej nie nazwać. Studia medyczne uczą systematyczności i dokładności; uczą też pokory, często brutalnie weryfikując naszą opinię o samym sobie. Z drugiej jednak strony w pewnym sensie ograniczają, zabijają kreatywność, zabijają pasje i pozamedyczne zainteresowania. Ja sam - już po miesiącu - zaczynam czuć się wyjałowiony intelektualnie, coraz mniej mam do powiedzenia, myślę coraz bardziej schematycznie. Mimo to czuję, że jestem odpowiednią osobą w odpowiednim miejscu... Czuję, że spełniam się. Czuję się... szczęśliwy :)
sobota, listopada 04, 2006
Raz na wozie, raz w nawozie
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz