wtorek, czerwca 27, 2006


Delirium tremens

... czyli sesja w klubie AA.

Wczoraj wieczorem kupiłem butelkę przyzwoitego, ciemnoczerwonego porto ferreira, rocznik '95 - kupiłem je w tajemnicy przed samym sobą, bo było dość kosztowne jak na bieżący stan moich finansów. No ale śmiało się z półki do mnie, więc nie miałem wyboru. Przyniosłem do domu. Odkorkowaliśmy je po kolacji z moją rodzinką. Wywietrzyliśmy przepisowe 45 minut. Rozlaliśmy do małych kielonków do porto. Zapach był taki, że aż się w głowie kręciło - słodkie śliwki, wanilia, jeżyny i czarne porzeczki... i było takie dobre, takie dobre, że siedzielismy sobie przez resztę wieczoru popijając, szczęśliwi jak rzodkiewki, oglądając Notre-Dame de Paris (Bruno Pelletier... mmmm...) i zachwycając się, ile to szczęścia można kupić za głupich kilka papierków. Przysięgam, nigdy więcej nie odmówię sobie butelki dobrego porto, kiedy będzie się do mnie uśmiechało ze sklepowej półki!

Brak komentarzy: