środa, sierpnia 30, 2006


Cztery pogrzeby i wesele

czyli komu bije dzwon.


Takie właśnie prawo serii, od przeszło dekady ciągnące się za moja familią i spowinowaconymi niczym złowróżbna klątwa Baskerville'ów, staje się właśnie ciałem. Jeden krzyżyk już stoi. Nastepne wesele zaplanowano na przyszłe wakacje. Kto następny? Komu bije dzwon?

Sztucznie przedłużana, poniżająca, dehumanizująca. Wszyscy przyjęli ją z ulgą. Łez dzisiaj jednak nie zabrakło. Ksiądz zrobił, co do niego należało. Ładnie zaśpiewał głębokim barytonem przy nadzwyczaj ciężkim gatunkowo, przytłaczającym akompaniamencie chorałowym zaprzyjaźnionego organisty; poprzemawiał trochę - nawet lekkostrawnie [czyt. jego wywody nie wyprowadziły mnie z równowagi]: parę ogólnikowych, krągłych stwierdzeń, kochajcie się wzajemnie, nasza siostra Helena, 'Dobry Jezu, a nasz Panie', 500 zł, zostańcie z Bogiem.

Jeśli interesuje Was wymiana najnowszych ploteczek z życia synowych, cioć i denatów, dołączcie do konduktu! Będziecie mieli niepowtarzalną okazję poznania historii choroby i okoliczności śmierci, dowiecie się, gdzie leży Jurek i ile kosztował pomnik, zaprosicie dalekich krewnych na herbatę i wymienicie się wypróbowanymi przepisami na babkę piaskową... Gdy ośmieliłem się zauważyć, że ja osobiście nie życzyłbym sobie, żeby obsmarowywano mnie na moim własnym pogrzebie, dwie urażone damulki zlustrowały mnie od łona po szyszynkę i teatralnym gestem poprawiły beret. Jeżeli tego rodzaju uroczystość może być piękna, mimo wszystko takową była.

Brak komentarzy: